23 wrz 2009

Smutnych refleksji wojennych ciąg dalszy.


Niestety z nastaniem września zaczęły nachodzić mnie niezbyt wesołe myśli. Najpierw myślałem o wojnie, a dziś chciałbym ten temat kontynuować, trochę zmieniając kontekst.


Zapoznałem się z biuletynem Instytutu Pamięci Narodowej za 2004 rok. Obszerne fragmenty tegoż biuletynu zostały poświęcone kościołowi w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem mniejszości wyznaniowych. I nie chodzi tu głównie o żydów, dla których wiek XX był wiekiem tragicznym. Chciałbym się skupić na losach Kościołów ewangelicznych.


Okres przed II wojną światową był okresem wyjątkowej aktywności, a zarazem efektywności w działaniu poliskich protestantów. Ten błogosławiony czas został zatrzymany wraz z wybuchem II wojny światowej. Liczba polskich ewangelikalnych zmniejszyła się drastycznie: część wiernych zginęła, część zaginęła, a część wyemigrowała. Na terenie Polski pozostała garstka wiernych, co spowodowało zaprzestanie działalności niektórych związków wyznaniowych oraz likwidację wielu zborów.


Okres stalinizmu nie był znacząco lepszy. Pamiętne lata 50 to czas masowych aresztowań, internowania, więzienia, brutalnych przesłuchań wielu działaczy kościelnych. I w tym przypadku rozwój Kościoła nie napotkał stosownej stymulacji.


Koniec stalinowskiego terroru wcale nie otworzył drzwi do zwiększenia dynamiki rozwoju. Co prawda Kościół przestał być prześladowany, ale dalej zdarzały się drobne złośliwości ze strony władz.


I tutaj dochodzimy do reflekcji centralnej. Uwaga! Po lekturze biuletyny IPN, wydaje mi się, że bezpośrednią przyczyną liczebnego i duchowego rozkładu polskiego środowiska ewangelicznego w XX w. nie były okoliczności tragicznej wojny, ani terror systemu totalitarnego! Bezpośrednią przyczyną tego złego stanu rzeczy była źle prowadzona formacja duchowa oraz błędy w zarządzaniu zborami.


Co skłoniło mnie do tej reflekcji? Mianowicie analiza danych liczbowych. W chwili, gdy liczebność polskich zborów spadała, był na ziemiach polskich związek wyznaniowy, którego liczebność rosła. W sytuacji, gdy aresztowanie pastora zboru prowadziło zwykle do zakończenia jego działalności, aresztowania w pewnej organizacji wydawać by się mogły wodą na młyn. Tak, mam tutaj na myśli organizację świadków Jehowy, która w czasie II wojny światowej odnotowała w Polsce dwukrotny wzrost liczebny.


O co tutaj chodzi? Chodzi o to, że wspomniana przeze mnie organizacja, pomimo licznych herezji, ma też pewne zasługi. Postawową zasługą jest znaczący udział osób świeckich w życiu zboru, organizowanie zebrań domowych oraz specyficzna formacja duchowa.


Zacznijmy od elementu pierwszego: Znaczący udział osób świeckich w życiu zboru. Udział ten pozwala na to, aby w chwili aresztowania duchownego, jego obowiązki mogły być natychmiast przejęte przez kolejną osobę. I tak w nieskończoność, aż do ostatniego członka zboru.


Organizowanie zebrań domowych, to znakomity trening na wypadek delegalizacji związku. Niemal z dnia na dzień można rozpocząć działalność konspiracyjną, porzuciwszy oficjalne kaplice i miejsca zgromadzeń.


Aż wreszcie, specyficzna formacja duchowa, podkreślająca konieczność wyrzeczeń i cierpienia w życiu każdego chrześcijanina, sprawia, że stan zagrożenia dla członków organizacji ŚJ jest niestraszny.


Drodzy bracia i siostry! W Polsce żyją jeszcze pastorzy, którzy przeszli ubecką mordownię. Żyją też ich oprawcy. Żyją świadkowie II wojny światowej, osobiście znam świadka mordów na Wołyniu. Czas pokoju, którym się cieszymy teraz, nie musi trwać wiecznie. Zarówno Pismo, jak i okoliczności przekonują nas, że świat jest pełen okrócieństwa i niesprawiedliwości, a ich ofiarami padają nader często chrześcijanie.


Dlatego czas pokoju, jaki jest nam dany, nie może pójść na marne. Z naszą młodzieżą nie możemy jedynie smażyć kiełbasek i urządzać spływów kajakowych. Musimy przygotować siebie i ich na wypadek, gdyby nasza wiara miała być wypróbowana. Jednocześnie módlmy się, aby Bóg oddalił od nas ten kielich.

0 komentarze:

Prześlij komentarz