30 wrz 2009

Dość kradzieży!

Wyczytałem w Gazecie Wyborczej o nowej w funkcji w strukturach ośrodków opieki społecznej. Mianowicie powoływani do życia są tzw. asystenci rodziny. Oto, co pisze Wyborcza o samym szkoleniu: Dziewięć dni w czterogwiazdkowym hotelu ze spa w Kudowie-Zdroju. Obiad obowiązkowo trzydaniowy. I nie więcej niż 3,5 godziny zajęć dziennie. Tak Dolny Śląsk podnosi kwalifikacje pracowników pomocy społecznej do pracy z rodzinami zagrożonymi patologią.

A oto obowiązki asystenta rodziny: Asystent Rodziny będzie miał pod opieką osiem, dziesięć rodzin. Ma pomagać w codziennym życiu: płacić rachunki, pomóc napisać podanie do urzędu, dopilnować, by dzieci miały czysty dom.


Życie przeciętnej rodziny w Polsce wygląda czasami tak: życie od pierwszego do pierwszego, oszczędzanie na wszystkim, wykonywanie obowiązków rodzinych po pracy, czasem w skrajnym zmęczniu. Obłożenie podatkami tej rodziny to: 19% podatku dochodowego, 22% podatku VAT od zakupionych produktów i usług, składka na ubezpieczenie zdrowotne, emerytalne i rentowe, akcyza w paliwie, inne drobniejsze opłaty. Średnio wychodzi, że pracujący członek rodziny przeznacza na podatki, opłaty urzędowe i obowiązkowe ubezpieczenia ponad 80% swoich dochodów.

Aparat państwowy zaś pieniądze wydarte siłą skromnie żyjącym polskim rodzinom przeznacza na szkolenie asystentów rodziny, akcje społeczne, informacyjne, tworzenie stanowisk-synekur, wspieranie programów społecznych, które pogłębiają rozkład rodziny i zgubną indoktrynację młodzieży.

Kompletnie nieskuteczny i absolutnie niewydolny mechanizm tzw. pomocy społecznej pochłania i marnotrawi ogromne sumy pieniędzy, pieniędzy, które należą się wspomnianej przeze mnie, ciężko pracującej rodzinie, aby mogła od czasu do czasu odetchnąć i pozwolić sobie na drobne przyjemności.

Polityka, którą obserwujemy, konsekwentnie prowadzi do pogłębienia patologii - bowiem zjawiska dotowane, upowszechniają się. Konsekwentnie prowadzi się również politykę osłabienia rodziny: osłabienia ekonomicznego - poprzez grabież w postaci zuchwale wysokich podatków, oraz moralnego - poprzez permanentne nadawanie wszelakich przywilejów patologiom, odbieranie ich zaś zwyczajnym rodzinom, a także osłabienia mentalnego - które dokonuje się za pomocą jadowitej propagandy, która stara się wyzuć nadchodzące pokolenie z tradycyjnych wartości.

Widzę zatem palącą potrzebę intensywnej edukacji społeczeństwa tak, aby uodpornić przynajmniej niektórych przed nadchodzącą zarazą trockizmu.

28 wrz 2009

Co sybolizuje pomnik "czterech śpiących"?


17 września obchodziliśmy 70 rocznicę napadu ZSRR na Polskę. 1 września zaś mogliśmy wysłuchać przemówienia W. Putina, w którym przedstawił swoją ocenę faktów historycznych. W środowisku polskim pojawiają się głosy sprzeczne ze sobą: jedni traktują ZSRR na równi z Niemcami, a okupację radziecką nazywają holokaustem. Inni, jeśli już nawet nie uważają sowietów za wyzwolicieli, to przynajmniej nie odmawiają im zasług w dziele zakończenia II wojny światowej.

Na warszawskiej Pradze stoi Pomnik Braterstwa Broni, przedstawiający figury żołnierzy polskich i sowieckich, upamiętniając wkład jednych i drugich w dzieło pokonania hitlerowskich Niemiec. Przez mieszkańców Warszawy pomnik ten nazywany jest pomnikiem czterech śpiących, ze względu na pochylone głowy żołnierzy, którzy zdają się uciąć sobie drzemkę. Ale nie o tym mowa. Mowa o tym, że pojawiają się głosy postulujące rozbiórkę pomnika oraz głosy, które na to się nie godzą.

Jak ocenić postawę ZSRR w czasie II wojny światowej i tuż po niej? Jaki stosunek może mieć Polak wobec sowieckich żołnierzy, których nie mało zginęło na terenie Polski?

Po pierwsze nie można zapomnieć o faktach i fakty same w sobie oddzielić od interpretacji ich samych. Fakty są takie, że Rosja a potem Związek Sowiecki zawsze ostrzyły sobie zęby na Polskę. Nie inaczej było w okresie międzywojennym, na co wskazuje atak armii sowieckiej w roku 1920 r. Kolejnym faktem jest to, że Polska nie posiadała żadnego paktu podpisanego z Niemcami, skierowanego przeciwko ZSRR, za co Federacja Rosyjska może być Polakom wdzięczna, bo to krew Polaków uchroniła Rosję przed poważnymi kłopotami. Dalej, nie ulega wątpliwości, że 17 września 1939 r. wojska rosyjskie nie tylko wkroczyły, ale również napadły na Polskę, o czym świadczą groby pomordowanych oficerów w Katyniu i innych miejscowościach. I ostatni fakt, że od czasu wkroczenia wojsk sowieckich do czasu ich ostatecznego wycofania na początku lat 90 XX wieku, Polska była zdominowana, jeśli nie okupowana przez ZSRR, a dominacja ta odbiła się niekorzystnie na kondycji kulturalnej, ekonomicznej i społecznej naszego kraju, pochłonęła też niemało ofiar.

Pomimo powyższych faktów należy powiedzieć, że nie można postawić znaku równości pomiędzy agresją niemiecką i sowiecką. Były one zupełnie inne, inne były również ich skutki.

Po pierwsze agresja niemiecka, gdyby się nie zakończyła, grozić mogłaby biologicznej eksterminacji narodu. Skala zbrodni dokonana na ludności cywilnej przez Niemców była nieprawdopodobna. Agresja sowiecka, była mniejszym złem, i prawdopodobnie pozwoliła przetrwać narodowi najgorszy okres.

Podam taki przykład: załóżmy, że masz zamiar polecieć na wakacje, ale w drodze na lotnisko ktoś ukradł ci pieniądze i bilety. Z wakacji nici. Wracasz do domu, włączasz telewizor, a tam informacja, że samolot, którym miałeś polecieć wysadzili terroryści. I facet, od którego dostałeś w nos, i terroryści, którzy wysadzili samolot, to bandyci, ale różnej miary, różnego pokroju. Paradoksalnie można również stwierdzić, że pierwszy bandyta ochronił cię przed drugim.

Żołnierze radzieccy, którzy napadli na Polskę, przynieśli wyzwolenie od niemieckiego nazizmu. Wolności z całą pewnością nam nie przynieśli, być może dlatego, że sami jej nie mieli. Po zakończeniu wojny, Polska, choć była krajem satelickim, zachowała swoje symbole narodowe, język, swobodę w wielu dziedzinach życia społecznego, co przy okupacji niemieckiej było niemożliwe.


Chciałbym również wskazać na pewien fakt, który umyka zwykle komentatorom. Mianowicie po pokonaniu hitlerowskich Niemiec, odbyły się dwie parady zwycięstwa: sowiecka w Moskwie, zachodnich aliantów w Londynie. Proszę pamiętać, że Sowieci pozwolili przemaszerować w swojej paradzie wybranym oddziałom tzw. armii Berlinga, a na paradę w Londynie nikt Polaków nie zaprosił! Na Reichstagu w Berlinie dowódcy radzieccy pozwolili również, aby obok flagi sowieckiej powiewała flaga polska. To bardzo znamienny fakt.


Dlatego pozostawiam sumieniu każdego to, jak będzie spoglądał na pomnik czterech śpiących. Dla mnie ten pomnik nie jest ani pomnikiem chwały żołnierza armii czerwonej, ani też pomnikiem, który wzbudzałby we mnie szczególną niechęć. Być może jest to dla mnie czasem pomnik bezradności, pamiątka tego, że gdyby nie przestępcy ze wschodu, mogłoby nas już nie być.

26 wrz 2009

Blog multimedialny - 2009.09.26

Zniechęcenie? Nie masz siły podjąć się realizacji swoich planów? Uważasz, że to nie ma najmniejszego sensu? Posłuchaj, co ma do powiedzenia pastor Marian Biernacki. Polecam jego kazanie "Nie daj się zniechęcić."

http://www.audio.protestanci.org/licznik.php?numer=229

Waga: 23 MB

25 wrz 2009

Czy chcesz, aby państwo wychowywało twoje dzieci?


Od czasu do czasu piszę o tym, że coraz bardziej dostrzegam sygnały o budowaniu społeczeństwa totalitarnego. Dziś przeczytałem na portalu Dziennik.pl taki oto artykuł na temat przemocy w rodzinie: To, że Polacy krzywdzą swe dzieci karząc je klapsami lub wymierzając im pasy jest faktem. Niestety zjawisko to nie zmniejsza się, lecz upowszechnia, a dowodem na to są policyjne statystyki oraz wywiady środowiskowe. I nie chodzi o wywiady w patologicznych rodzinach, lecz o próby rozeznania się, jak wychowuje się dzieci w typowych polskich domach.


Zaczęło się od wydłubywania bardzo drastycznych wydarzeń, kiedy rodzice znęcali się nad swoimi dziećmi, doprowadzając czasami do bardzo poważnych uszkodzeń ciała. Oczywiście wypadki takie są incydentalne w skali całego społeczeństwa, ale właśnie podstawową metodą działania propagandy totalitarnej jest to, że pojedyncze wypadki służą za pretekst to zaostrzenia kontroli w stosunku do ogółu. Pod hasłem walki z pedofilami, inwigilowane mogą być wszystkie prywatne komputery, pod hasłem walki z patologiczną przemocą wobec dzieci, zaczęły się pojawiać wywiady środowiskowe nie tylko w patologicznych rodzinach... Jeśli nie w patologicznych, to w jakich? We wszystkich! Wszak autor artykułu pisze o "typowych polskich domach."


Już teraz urzędnik państwowy wraz z policjanetem może przeprowadzić wywiad środowiskowy: przyjść do twojego domu, aby ocenić, czy właściwie wychowujesz dzieci, rozmawiać z domownikami, przesłuchiwać twoje dzieci, wypytywać sąsiadów. Takie śledztwo w normalnych, polskich rodzinach nazywa się "próbą rozeznania się,jak wychowuje się dzieci w typowych polskich domach." To faktycznie próba. Próba generalna. Kiedy nastąpi premiera?


O co chodzi? Chodzi o to, że państwo totalitarne chce narzucić jeden model wychowania i terroryzmem przymusić rodzinę, aby ten model wychowania wypełniło. Chodzi o wykształcenie nowego typu człowieka i całkowite pozbawienie rodziny jakiejkolwiek suwerenności. Czy to możliwe? Możliwe! Takie zakusu nie są nowe i różne państwa w różnym czasie próbują taką kontrolę sprawować. A wszystko to dla dobra rodziny!


Totalitaryści nie rozumieją, że żadna "typowa polska rodzina" ani tej pomocy nie potrzebuje, ani jej nie chce. To jednak nie przeszkodzi IM szykanować, odbierać dzieci, zastraszać, uczyć "tolerancji" i pod przymusem, w totalitarnych szkołach narzucać swój jedynie słuszny światopogląd.

23 wrz 2009

Obrażona Alicja Tysiąc.

Pani Alicja Tysiąc wnioskowała o przerwanie ciąży ze względów zdrowotnych. Obawiała się bowiem, że może w skutek porodu stracić swój wzrok. Ponieważ żaden lekarz nie chciał podjąć się takiego zabiegu, wytoczyła ona proces państwu polskiemu przed sądem niemieckim (tzw. Trybunałem Europejskim).

Tym razem pozwała do sądu redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego. Czasopismo to opublikowało bowiem szereg artykułów na temat apologii życia, którymi to artykułami p. Tysiąc poczuła się urażona.
Jak donoszą media p. Tysiąc proces wygrała i otrzyma 30 tysięcy odszkodowania.

Pierwsze stwierdzenie, które obraziło Alicję Tysiąc to to, że nie chciała ona swojego dziecka. A zatem terroryzowani przez aborcjonistów chrześcijanie winni teraz twierdzić i wyznawać, że aborcja jest wyrazem gorącego pragnienia, by dziecię przyszło na świat! Matka tak pragnie ujrzeć swoje dzieciątko, że przyspiesza wręcz zabiegiem aborcyjnym jego... jak by to powiedzieć... pojawienie się na tym świecie.

Dość tej hipokryzji! Oczywistą rzeczą jest, że ktoś, kto przerywa ciążę, nie chce dziecka. To jedno, a drugie to to, z jakiego powodu nie chce, aby dziecko się urodziło i żyło. Być może dlatego, że nie ma pieniędzy na utrzymanie, być może dlatego, że swoje własne życie ceni bardziej niż życie swojego dziecka i woli zabić je, by żyć samemu, a być może wierzy, że tak dla dziecka będzie lepiej. Nie wiem z jakiego powodu p. Tysiąc nie chciała, aby jej dziecko dalej żyło, fakt pozostaje faktem, że podjęła decyzję, aby to dziecko żyć przestało. Nie potępiamy p. Tysiąc, nie potępiamy też żadnego grzesznika na tym świecie, bo potępiać i sądzić będzie Bóg. Ale my chrześcijanie, będziemy zawsze mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu.

Kolejna rzecz, jaka obraziła p. Tysiąc to stwierdzenie Gościa Niedzielnego, że otrzymała ona odszkodowanie za to, że nie pozwolono jej zabić swojego dziecka. Nie wiem, jak brzmiał pozew pani Tysiąc i jaka była sentencja wyroku. Fakt pozostaje faktem, pani Tysiąc chciała zabić swoje dziecko - być może ze smutkiem, być może z trudem, być może wywoływało to u niej ogromne rozterki i cierpienie. Nie zmienia to jednak faktu, że po analizie swojej sytuacji uznała, że lepiej, aby jej dziecko umarło, niż by ona miała ponieść jakąś szkodę, w tym przypadku utratę zdrowia lub życia. I żaden aborcyjny terrorysta nie zastraszy mnie, abym twierdził inaczej.

Ja wiem, że niektórzy chcą uspokoić swoje sumienie i nie chcą słuchać słów takich jak: zabić, morderstwo, zbrodnia itp. Woleliby byśmy posługiwali się eufemizmami i śmierć zastąpili słowem zaśnięcie, morderstwo eutanazją, zabicie dziecka aborcją albo lepiej przerwaniem ciąży (wszak tylko ciążę przerywają a z dzieckiem nic złego się nie dzieje!).
To sumienie nie zostanie jednak uspokojone. Na nas, chrześcijanach, ciąży obowiązek, aby uczyć i przypominać, co jest dobre, a co jest złe. Zabicie nienarodzonego dziecka jest złe, jest grzechem i obraża Boga!

Dzisiaj znów powraca temat bohaterstwa w wierze. Jeszcze żyją pastorzy, którzy przeszli ubeckie mordownie. Ich rodziny pozostawały bez środków do życia, a oni byli katowani w więzieniach. Kościół w Polsce cieszył się przez chwilę swobodą głoszenia Ewangelii, a dziś Bóg znów wzywa do odwagi w dawaniu świadectwa prawdzie. Ci bardziej bojaźliwi ulękną się pogróżek sądowych, grzywien, utraty pracy, a może nawet więzienia. Ale głęboko wierzę, że powstanie rzesza wiernych wyznawców, którzy mając przed oczami św. apostołów wołających "słuszna to rzecz słuchać raczej Boga niż ludzi", wytrwają w swoim postanowieniu.

Nikogo nie obrażamy, nikogo nie potępiamy, szanujemy każdego grzesznika, gdyż sami jesteśmy grzeszni i potrzebujemy zmiłowania Bożego. Od głoszenia prawdy i wiernego podążania za Chrystusem nie odwiedzie nas nikt. Non possumus!

Smutnych refleksji wojennych ciąg dalszy.


Niestety z nastaniem września zaczęły nachodzić mnie niezbyt wesołe myśli. Najpierw myślałem o wojnie, a dziś chciałbym ten temat kontynuować, trochę zmieniając kontekst.


Zapoznałem się z biuletynem Instytutu Pamięci Narodowej za 2004 rok. Obszerne fragmenty tegoż biuletynu zostały poświęcone kościołowi w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem mniejszości wyznaniowych. I nie chodzi tu głównie o żydów, dla których wiek XX był wiekiem tragicznym. Chciałbym się skupić na losach Kościołów ewangelicznych.


Okres przed II wojną światową był okresem wyjątkowej aktywności, a zarazem efektywności w działaniu poliskich protestantów. Ten błogosławiony czas został zatrzymany wraz z wybuchem II wojny światowej. Liczba polskich ewangelikalnych zmniejszyła się drastycznie: część wiernych zginęła, część zaginęła, a część wyemigrowała. Na terenie Polski pozostała garstka wiernych, co spowodowało zaprzestanie działalności niektórych związków wyznaniowych oraz likwidację wielu zborów.


Okres stalinizmu nie był znacząco lepszy. Pamiętne lata 50 to czas masowych aresztowań, internowania, więzienia, brutalnych przesłuchań wielu działaczy kościelnych. I w tym przypadku rozwój Kościoła nie napotkał stosownej stymulacji.


Koniec stalinowskiego terroru wcale nie otworzył drzwi do zwiększenia dynamiki rozwoju. Co prawda Kościół przestał być prześladowany, ale dalej zdarzały się drobne złośliwości ze strony władz.


I tutaj dochodzimy do reflekcji centralnej. Uwaga! Po lekturze biuletyny IPN, wydaje mi się, że bezpośrednią przyczyną liczebnego i duchowego rozkładu polskiego środowiska ewangelicznego w XX w. nie były okoliczności tragicznej wojny, ani terror systemu totalitarnego! Bezpośrednią przyczyną tego złego stanu rzeczy była źle prowadzona formacja duchowa oraz błędy w zarządzaniu zborami.


Co skłoniło mnie do tej reflekcji? Mianowicie analiza danych liczbowych. W chwili, gdy liczebność polskich zborów spadała, był na ziemiach polskich związek wyznaniowy, którego liczebność rosła. W sytuacji, gdy aresztowanie pastora zboru prowadziło zwykle do zakończenia jego działalności, aresztowania w pewnej organizacji wydawać by się mogły wodą na młyn. Tak, mam tutaj na myśli organizację świadków Jehowy, która w czasie II wojny światowej odnotowała w Polsce dwukrotny wzrost liczebny.


O co tutaj chodzi? Chodzi o to, że wspomniana przeze mnie organizacja, pomimo licznych herezji, ma też pewne zasługi. Postawową zasługą jest znaczący udział osób świeckich w życiu zboru, organizowanie zebrań domowych oraz specyficzna formacja duchowa.


Zacznijmy od elementu pierwszego: Znaczący udział osób świeckich w życiu zboru. Udział ten pozwala na to, aby w chwili aresztowania duchownego, jego obowiązki mogły być natychmiast przejęte przez kolejną osobę. I tak w nieskończoność, aż do ostatniego członka zboru.


Organizowanie zebrań domowych, to znakomity trening na wypadek delegalizacji związku. Niemal z dnia na dzień można rozpocząć działalność konspiracyjną, porzuciwszy oficjalne kaplice i miejsca zgromadzeń.


Aż wreszcie, specyficzna formacja duchowa, podkreślająca konieczność wyrzeczeń i cierpienia w życiu każdego chrześcijanina, sprawia, że stan zagrożenia dla członków organizacji ŚJ jest niestraszny.


Drodzy bracia i siostry! W Polsce żyją jeszcze pastorzy, którzy przeszli ubecką mordownię. Żyją też ich oprawcy. Żyją świadkowie II wojny światowej, osobiście znam świadka mordów na Wołyniu. Czas pokoju, którym się cieszymy teraz, nie musi trwać wiecznie. Zarówno Pismo, jak i okoliczności przekonują nas, że świat jest pełen okrócieństwa i niesprawiedliwości, a ich ofiarami padają nader często chrześcijanie.


Dlatego czas pokoju, jaki jest nam dany, nie może pójść na marne. Z naszą młodzieżą nie możemy jedynie smażyć kiełbasek i urządzać spływów kajakowych. Musimy przygotować siebie i ich na wypadek, gdyby nasza wiara miała być wypróbowana. Jednocześnie módlmy się, aby Bóg oddalił od nas ten kielich.

21 wrz 2009

Cisi i pokornego serca potrzebni od zaraz!


{Anonimowy} pisze komentuje mój wpis tak: Kiedy tak zastanawiam się głębiej nad sprawą owego wyciszenia, to boję się, że przegapię, prześpię, najzwyczajniej nie zauważę swojego powołania.

I tu został poruszony wyjątkowo ciekawy temat. Czy skromność, do której zachęca nas Bóg jest równoznaczna z biernością? Czy pokora wyraża się w nicnierobieniu? Czy cichy sposób bycia to zgoda na wszystko, czemu ktoś zechce nas poddać? Czy nie pożądać dla siebie zaszczytów, to to samo, co zrezygnować z funkcji, która jest potrzebna innym ludziom?

Wyobraźmy sobie pewnien zbór, dajmy na to w małej miescowości na północy Polski. Zbór liczy sobie 25 członków, w tym kilka osób młodych. Pastorem tego zboru jest czterdziestoletni Grzegorz, który pełni tę funkcję od wielu lat. Penego dnia wziął sobie do serca wersety: bądźcie cisi i pokornego serca. Spójrzmy jak może to się przełożyć na praktyczną służbę:

Pewnego dnia do zboru dołącza młody mężczyzna, który zaświadcza, że ma przygotowanie teologiczne i dar kaznodziejski. Pastor zboru zaś zwołuje zebranie i mówi, że nie jest godzien przewodzić, od teraz będzie prowadzić ciche i pokorne życie, i że rezygnuje z funkcji pastora. Poza tym chce być człowiekiem prostym i nieuczonym, jak powiada Pismo, i dlatego wycofuje się z nauczania.
Na to młody mężczyzna, przybyły dopiero do zboru, wstaje i rozpoczyna swoją przemowę: drodzy zgromadzeni, jestem prorokiem przysłanym przez Boga, aby zaświadczyć wam, że nie ma żadnego zmartwychwstania. Po około dwóch miesiącach zbór przestał istnieć.


Czy do takiej cichości i pokory wzywa nas Bóg? Nie! Pokora ma wyć względem Boga! Mamy się ukorzyć i przyjąć to, co daje nam Bóg, pójść drogą, którą On nam wskazuje. Mamy być cisi, kiedy jesteśmy doświadczani i uprzejmi, kiedy spotykają nas przykrości. Ale pokora i skromność nie jest lenistem, nie jest uchylaniem się przed tym, do czego wzywa nas Bóg niemal każdego dnia w swoim Słowie.

Odpowiadając na pytanie {Anonimowego}, winnaś się wyciszyć, godząc się na życie, które zaplanował dla Ciebie Bóg. Możesz powiedzieć "bądź wola Twoja". Jeśli Bóg przeznaczył dla Ciebie życie małoznaczące w oczach tego bezbożnego świata, przyjmij je. Ale jeśli ludzie potrzebują Cię i Twojej pracy, pomóż im. Czy można przegapić swoje powołanie? Tak. Możesz nie zauważyć, że brat albo siostra z kościoła są w szpitalu, albo czegoś potrzebują. Można zaspać na ewangelizację, którą organizuje Twój pastor. Można tak przesłać całe życie, czekając na kapelusz kardynalski Ale potrzebujący są wokół nas, i nigdy tych, którzy pomagają nie jest za wielu.

19 wrz 2009

Blog multimedialny - 2009.09.19

Czy pedofilów należy leczyć czy karać? Jaki powinien być nasz stosunek do przestępcow?
Zachęcam do wysłuchania wykładu pastora Biernackiego, pt. "Współczucie":

http://www.audio.protestanci.org/licznik.php?numer=223

Waga: 20 MB

Jeśli ktoś z was rozumie po rosyjsku, to polecam zbiór wyjątkowo udanych kazań pastora Poysti:
http://www.protestanci.org/ru/propovedi_mp3_peysti.php

18 wrz 2009

Niedzielny poranek, za oknem plucha.


W Ewangelii wg św. Łukasza czytamy takie słowa Chrystusa:
Wtedy rzekł do nich: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał.

Jakie uczucia wywoła w tobie słowo twojej matki: gorąco pragnęłam usłyszeć twój głos w słuchawce. Albo słowa ukochanej osoby po długim rozstaniu: gorąco pragnąłem znów cię zobaczyć! Dziś czytamy coś wyjątkowego. Pan Jezus mówi, że gąrąco pragnął spożyć Wieczerzę Pańską ze swoimi uczniami.

W tej Wieczerzy możemy uczestniczyć również i dziś, kiedy spożywamy chleb oraz wino w imieniu Pana Jezusa, wspominając jego śmierć i zmartwychwstanie. W takich chwilach Pan Jezus jest obecny wśród nas, wśród swoich uczniów i powiada: gorąco pragnąłem spożyć tę wieczerzę razem z wami.

Co cię powstrzymuje, aby w najbliższą niedzielę spożyć tę wierzerzę razem z Chrystusem? On tego gorąco pragnie. Czy w twoim życiu jest niewiara? A może pojawił się grzech, który cię oddziela od Boga? Nie pozwól czekać naszemu Panu dłużej, bo On gorąco pragnie mieć z tobą społeczność już dzisiaj. Nie pozól szatanowi budować muru pomiędzy tobą a Zbawicielem.

Zachęcam cię do modlitwy. Wyznaj swoje grzechy, wyjdź z więzienia własnej niewiary, pójdź za Chrystusem i usiądź razem z nim do stołu. Zapragnij spożyć tę wieczerzę razem z nim!

Często budzę się rano w niedzielę po ciężkim tygodniu pracy i pójście do kościoła w chwili, gdy wyściubienie nosa spod kołdry to prawdziwa katusza, jest ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął. Ale wtedy przypominam sobie słowa Pana Jezusa: gorąco pragnąłem spożyć tę wieczerzę razem z wami! Panie Jezu, będę, nie mogę Cię zawieść. Biegnę, aby spożyć tę wieczerzę razem z Tobą!

16 wrz 2009

O Ruchu Nowego Życia.

Jeśli uznać, że każdy, kto podjął się jakiejś pracy, będzie miał zarówno zwolenników jak i przeciwników, to powiedzieć należy, że Ruch Nowego Życia ma znacznie więcej przeciwników, niż zwolenników.

Ruch Nowego Życia jest polską filią pewnej amerykańskiej organizacji misyjnej. Na stronie Ruchu czytamy, że "Ruch Nowego Życia jest chrześcijańską organizacją skupiającą katolików i protestantów. Naszym celem jest ukazywanie żyjącego Chrystusa tym, którzy nie mają z Nim osobistej więzi. Wierzącym osobom zaś pomagamy w ich wzroście duchowym i zapraszamy do wspólnego głoszenia zmartwychwstałego Chrystusa w ich środowisku.Ruch nie jest Kościołem, lecz organizacją, która chce pomagać istniejącym Kościołom w prowadzeniu ewangelizacji oraz budowaniu w wierze osób pozyskanych dla Chrystusa. "

Ruch nie jest kościołem w znaczeniu biblijnym, bo na ten przykład nie sprawuje sakramentów, jednak jest w Polsce zarejestrowany jako związek wyznaniowy, zapewne w celu uniknięcia zobowiązań podatkowych, które musiałby uiszczać, gdyby przyjął inną formę organizacji.

Wrogów wielu...

Choć Ruch skupia w swych szeregach katolików i protestantów, to wrogie mu są zarówno środowiska katolickie jak i protestanckie.

Kościół katolicki odżegnuje się od działalności Ruchu, zarzucając mu protestantyzowanie młodzieży. I w istocie, na próżno w duchowości RNŻ szukać takich zjawisk jak kult maryjny czy modlitwa do świętych. Również wyznanie wiary RNŻ, powstałe na skutek redukcji dogmatów, które nie byłyby wspólne dla wszystkich środowisk, z którymi Ruch ma aspiracje współpracować, powoduje, że nie dostrzeżemy w nim nauki o nieomylności papieża rzymskiego.
Duchowość jak i dogmatyka RNŻ jest na wskroś protestancka, natomiast etatowi pracownicy Ruchu częstokroć traktują swoją przynależność do Kościoła katolickiego wyłącznie jako formalne uwierzytelnienie swojej wiarygodności wśród środowisk katolickich.

Protestanci, zwłaszcza ci bardziej konserwatywni, również nie są skorzy do przyklaśnięcia działalności RNŻ. Na stronie Kościoła Zielonoświątkowego w RP znajdujemy taki oto zapis:

"Tylko w Zborze może wypełniać się zamiar Pana Kościoła, aby "przygotowywać świętych do dzieła posługiwania" i "dorastania do pełni Chrystusowej" [Ef 4,12-13]. Zamiar ten realizowany jest poprzez współistnienie i współdziałanie wielopokoleniowe dzieci Bożych znajdujących się pod opieką powołanych sług Bożych. Zbór wysyła do służby ludzi powołanych przez Pana, czuwa nad nimi i wspiera ich działania. Zbór / Kościół zakłada instytucje pomocnicze do realizacji Wielkiego Nakazu Misyjnego i czuwa nad ich funkcjonowaniem. Wszystkie grupy, instytucje i organizacje oderwane od zborów / Kościołów stwarzają wyobcowanie jednostek, co sprzyja duchowym zniekształceniom. Doceniając dobre zamiary wielu funkcjonujących w Polsce organizacji międzywyznaniowych, nie możemy nie przeciwdziałać niebezpieczeństwu degeneracji jednostek poprzez promowanie indywidualistycznego stylu życia i służby chrześcijańskiej. Zachęcamy organizacje parakościelne do wejścia w istniejące w naszym kraju struktury organizacyjne chrześcijaństwa ewangelicznego."

Jest to wyjątkowo interesujący zapis, będący oficjalnym stanowiskiem Naczelnej Rady Kościoła Zielonoświątkowego w RP. Zarzuty postawione organizacjom parakościelnym, jak na przykład Ruch Nowego Życia, to przede wszystkim stworzenie struktur, nie występujących w żadnym passusie Pisma Świętego. A zatem każda inna formacja oprócz zboru jest traktowana przez zielonoświątkowców jako ułomna, a jednostki tkwiące w takiej strukturze, jako pozbawione niezbędnych środków formacji duchowej.

Dalej NRKZ wskazuje na wyobcowanie jednostek oraz promowanie indywidualistycznego trybu życia. Głośne są również zarzuty o błędnie pojmowany ekumenizm oraz, wspomniany już wcześniej, redukcjonizm dogmatów wiary. Innymi słowy, RNŻ tak okroił swoje wyznanie wiary, by przypadkiem nie zrazić do siebie żadnego środowiska chrześcijańskiego w Polsce, ale z drugiej strony sprawił, że wyznanie to praktycznie bardzo niewiele wyznaje i głosi.

Przyjaciół mało...

I dlatego też widoczne są kłopoty w aklimatyzacji RNŻ w Polskim światku chrześcijan, których formacja duchowa przewiduje w ogóle potrzebę głoszenia Ewangelii w naszym kraju.

Apologetyka Ruchu Nowego Życia

Jakkolwiek zarzuty stawiane zarówno przez katolików jak i protestantów są słuszne, to jednak stanowczo muszę stanąć w obronie działalności Ruchu Nowego Życia. Do niewątpliwych zasług tej organizacji należą przede wszystkim pokaźne owoce skutecznej Ewangelizacji środowisk akademickich. Spore nakłady finansowe są ukierunkowane na dotarcie z przesłaniem Ewangelii do wszystkich studentów zamieszkujących kampusy akademickie większych polskich miast. Osoby, które pozytywnie odpowiadają na wezwanie ewangeliczne, albo tacy, którzy przynajmniej okazują zaciekawienie, mają znakomite warunki, aby uczestniczyć w dalszej formacji w niewielkich grupach rozważań biblinych, a dalej, by korzystać na przykład z wypoczynku wakacyjnego.

Niezależnie od tego, należy głośno powiedzieć, że Ruch Nowego Życia głosi Ewangelię w sposób zorganizowany, programowy i systematyczny. W ciągu kilku ostatnich lat film Jezus, sztandarowe narzędzie pracy RNŻ, mogło obejrzeć nawet kilkaset tysięcy osób. Fala projekcji filmu przetoczyła się przez większość dużych i średnich miast Polski!

Różnorodność metod, bogactwo form, nakład środków i liczba zaangażowanych osób z pewnością zadziwia. Buduje również niesłabnący zapał kierownictwa organizacji ukierunkowany na dalsze postępy w rozbudowie sieci własnych pracowników i stowarzyszonych wolontariuszy.

Zarzut o spłyceniu przesłania ewangelicznego z powodu zbytniego redukcjonizmu doktryn też nie wydaje się słuszny, jako że już ojcowie Kościoła postulowali, by rozdzielić proces formacji duchowej na dwa etapy: kerygmę oraz didache. Pierwszy etap miałby się ograniczać do podstawowego wezwania ewangelicznego, podczas gdy drugi dotyczyć miałby wyłącznie osób, które na to wezwanie odpowiedziały pozytywnie, a obejmowałby szersze omówienie nauk chrześcijaństwa. Dlatego praktyka zwiastowania RNŻ nie jest ułomna, a jedynie stanowi pierwszy etap złożonego procesu formacji, który znajdować ma kontynuację już w środowisku kościelnym, wybranym przez katechumena.

Nie jestem z was zadowolony, bracia!

Wróćmy jednak na chwilę do oświadczenia Kościoła Zielonoświątkowego. Czytamy w nim: "Zachęcamy organizacje parakościelne do wejścia w istniejące w naszym kraju struktury organizacyjne chrześcijaństwa ewangelicznego."

Czy likwidacja struktur RNŻ rozbudzi żarliwość ewangelizacyjną wśród istniejących środowisk ewangelicznych? Czy rezygnacja z "wykoślawionej" formy nauczania sprawi, że zbory zapałają nieodpartą chęcią głoszenia na rogach ulic? Wątpliwe. Pamiętajmy, że motywacją do założenia organizacji takich jak RNŻ była permanentna, niemalże programowa niechęć kościołów, o zgrozo!, ewangelicznych, do głoszenia Ewangelii.

Nie pochwalam tego, co robicie, bracia pastorzy, bowiem w większości przypadków ewangelizacja jest dla was jednorazowym incydentem, a nie treścią życia zborowego. Zasmuca mnie wasza postawa, bracia biskupi, bo z ewangelizacji uczyniliście świąteczny festyn, a winna ona być stanem naturalnym Kościoła. Jestem niezadowolony z was, bracia starsi, ponieważ uchyliliście nieco drzwi waszych zborów, czekając, aż ktoś nadejdzie, zamiast aktywnie wyjść do społeczeństwa z jasnym przesłaniem ewangelizacyjnym.

W naszym kraju nie istnieje ani jeden portal internetowy, który mógłby przyćmić zasięg stron katolickich. Nie ma ani jednego czasopisma ewangelicznego, które dostępne byłoby w kioskach RUCH. Nie doczekaliśmy się ani radiostacji, ani innego znaczącego medium.

Z przykrością zawiadamiam, że aby zostać ewangelicznym chrześcijaninem w Polsce, trzeba mieć "dobre znajomosci", bo nie ma żadnych znaczących kanałów propagowania Ewangelii, które skutecznie wypełniłoby nakaz Wielkiego Posłannictwa. Jakie mamy tego skutki? Ano takie, że odpływa nam kolejne pokolenie młodych Polaków i nie ma widoków na to, aby coś mogło ulec zmianie.

Co stanowi główną przyczynę w tak nieudolnej służbie niesienia Ewangelii? Czy jest to niedostatek ludzi? Bynajmniej, wszak środowisko liczy sobie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Czy brak środków? Skądże, przecież nawet kilka złotych miesięcznie od osoby daje sporą sumę pieniędzy, za którą bez trudu można by stworzyć i rozpropagować profesjonalny portal internetowy z morzem multimediów. Przyczyna jest inna, jest głębsza, a przede wszystkim dużo trudniejsza do wyleczenia. Tą przyczyną jest lenistwo!

Ruchu brońmy jak niepodległości

Śmiem twierdzić, że gdyby RNŻ lub podobne jemu organizacje, zostały wciągnięte w biurokratyczne machiny polskich denominacji, to w ciągu kilku tygodni skuteczność misji zostałaby zniwelowana. Jeśli bowiem przywódcy denominacyjni przez wiele lat swojej posługi nie potrafili udowodnić swojego zaangażowania, i pomimo posiadania wszelkich środków - pieniędzy, ludzi, swobody politycznej - nie wypełnili Wielkiego Posłannictwa, które polega na dotarciu do każdego człowieka zamieszkującego nasz kraj, to na jakiej podstawie roszczą sobie prawo do dyktowania waruków organizacjom misyjnym?

Podsumowanie

I dlatego, pomimo pełnej świadomości tego, że służba RNŻ jest ułomna, w całości, bez zastrzeżeń i z zapałem ją popieram i będę popierał dopóty, dopóki zbory ewangeliczne i Kościół ewangeliczny jako całość, nie zaczną być wydolne. W chwili obecnej widzimy bowiem drastyczną niewydolność organów, które odpowiedzialne są za podtrzymywanie organizmu Kościoła przy życiu, z których jednym z ważniejszych jest misja i ewangelizacja.

14 wrz 2009

Ordynacja kobiet - kontrowersje.

Odnośnie moich rozważań dotyczących sprawowania przywództwa w zborze pojawiło się sporo komentarzy. W dzisiejszym wpisie chciałbym się ustosunkować do niektórych z nich:

{Mati} pisze: Pismo mowi, ze starszy (biskup) i diakon ma byc mezem jednej zony, czyli uczciwie zyjacy z jedna zona. Ale co wtedy kiedy zona go zdradza bez jego winy i odchodzi z innym.

Nie, fragment, na który się powołujesz, oznacza coś innego. Mąż jednej żony - to niezbyt udolna wersja tłumacza. Bo niby co to oznacza? Chodzi o to, że starszy może być najwyżej raz żonaty. Raz żonaty w ujęciu diachronicznym, a nie synchronicznym, to znaczy najwyżej raz żonaty w trakcie całego swojego życia. To po pierwsze.

Po drugie, {Mati} pyta, a co jeśli żona go zdradza? Przecież to nie jego wina, prawda? W tym samym fragmencie Pismo mówi, że starszy musi być kimś, "kto własnym domem nie umie zarządzać, jakże może mieć na pieczy Kościół Boży?" Stwierdzenie odnosi się do żony oraz posłusznych dzieci. Jeśli ktoś ma rozwydrzone dzieci i żonę, rozpuszczoną jak dziadowski bicz, jak da sobie radę ze zborem? Taki mężczyzna jest pośmiewiskiem, a jeśli ma odrobinę honoru, winien usunąć się z życia publicznego.

Kolejny komentarz poczynił {Maciej}. Oto on: myślę, że pastor Kamiński na pewno poparł by swoje poglądy Biblią ponieważ Biblia mowi nawet, że kobiety były w służbie w Kościele - jako apostołki i prowadzące zbory z męzami. Natomiast taka krytyka męża Bożego nie przystoi ewangelicznemu chrześcijaninowi bez doglębnego zbadania sprawy. Komentarz, jak widać, dotyczy wprowadzania kobiet w urząd starszego zboru.

To, że ktoś popiera coś wersami biblijnymi, nie robi na nikim z nas wrażenia. Wszak wszystkie wyznania tak czynią. Przez prawie 2000 lat lat temat ordynacji kobiet w kościele nie był podejmowany. Z jakichś nieokreślonych powodów żaden teolog nie dostrzegał w Piśmie Świętym owych fragmentów, które trzyma w rękawie pastor Kamiński. Temat ordynacji kobiet pojawił się dopiero wraz z powstaniem ruchu feministycznego. Ustępstwa w omawianym zakresie są więc niczym innym jak próbą uczynienia zadość oczekiwaniom społecznym.

To prawda, że Biblia mówi, że kobiety służyły w Kościele. Nikt tego nie neguje. W żadnym przypadku jednak nie pełniły one roli starszych zboru oraz biskupów, a jedynie te stanowiska są przedmiotem moich rozważań. Jeśli chodzi o ordynację diakońską, nie ma żadnych przeciwskazań, aby takiej ordynacji nie dokonywać.

I ostatnie. Skoro krytyka męża Bożego nie przystoi ewangelicznemu chrześcijaninowi, więc proszę mnie więcej nie krytykować!

12 wrz 2009

Blog multimedialny - 2009.09.12

Czujesz się mocny? Myślisz, że życie przed tobą a świat stoi otworem? Posłuchaj kazania pastora Mariana Biernackiego "Niemoc mogących."

http://www.audio.protestanci.org/licznik.php?numer=220

Waga: 20 MB

11 wrz 2009

Szokujące!

Na portalu Onet.pl przeczytałem nowe „szokujące” odkrycie: Na komecie odnaleziono aminokwasy - po raz pierwszy w historii udało się potwierdzić ten fakt - pisze "New Scientist". Odkrycie to potwierdza hipotezę, że elementy życia na Ziemi przybyły z kosmosu dzięki kometom.

Ostatnio na polskich portalach informacyjnych obserwuje drastyczny rozrost grafomanii. Aby przykuć jakoś uwagę tępego czytelnika, autorzy wiadomości nadużywają słowa szokujący, bulwerujący, itd. I dziś też mamy do czynienia z nowym „szokującym” odkryciem, kolejnym z resztą. Wszechwiedzący naukowcy odkryli zupełnie niespodziewanie, że życie jednak nie narodziło się w kałuży, jak drewniej myślano, ale przyleciało do nas na komecie. Jestem zszokowany!

Szokuje mnie jednak i ten fakt, że prestiżowy New Scientist nie raczy uzupełnić, skąd owo życie wzięło się na komecie… Zachęcam wszystkich poszukiwaczy szokujących odkryć do sięgnięcia po bardzo prestiżową Biblię. Tam właśnie można przeczytać o wyjątkowo szokujących wydarzeniach: o stworzeniu świata przez Boga, o człowieku, jego grzechu i odkupieniu. Będziecie w szoku!

9 wrz 2009

Nie tylko człowiek.

To stwierdzenie, na pozór paradoksalne, ma jednak swój konkretny cel. Naszą bytność na tej ziemi, można bowiem określić nie tylko mianem człowieka, które to miano usuwa wszelkie różnice pomiędzy ludźmi. Wydaje mi się, że współczesna tendencja przemian obyczajowych i kulturowych, która jest stymulowana przez kręgi lewackie, zmierza właśnie do tego: unifikacji wszystkiego, sprowadzenie całej różnorodności świata do jednego mianownika tak, abyśmy nie mogli o sobie powiedzieć nic więcej, poza „jestem człowiekiem”.

A ja nie jestem li tylko człowiekiem. Mój byt na tej ziemi determinuje szereg innych określeń, które budują moją tożsamość. Przede wszystkim jestem chrześcijaninem – co w pierwszej kolejności wyraża, po której stronie barykady stoję. W dalszej kolejności jestem chrześcijaninem ewangelicznym, co obrazuje, na podstawie czego buduję swoją wiarę i jakimi treściami, a mianowicie treścią Ewangelii, się karmię.

Jestem również, co pewnie nie spodoba się feministkom, mężczyzną, z czego się bardzo cieszę, bo nie mogę sobie nawet wyobrazić, że mógłbym być kobietą. Jestem również mężem, choć to ostatnio mało modne określenie. Wszelako podkreślam to zawsze, że jestem mężem, a nie kolegą albo partnerem. Mam zatem obowiązki męskie, a nie partnerskie!

I w końcu, co nie spodoba się euro socjalistom, jestem Polakiem. Choć mam świadomość, że w Chrystusie „nie ma Greka ani Żyda”, to jednak docześnie, na krótką chwilę, Bóg umiejscowił mnie w kulturze polskiej, za co jestem Mu wdzięczny. To również nakłada na mnie obowiązki, służenia narodowi polskiemu i dbania o kraj, w którym mi przyszło żyć.

Jak widzimy powyżej, każde z moich przekonań, nie jest tylko rzuceniem słów na wiatr. Każda nazwa, która przesądza o tożsamości człowieka, nakłada też na niego obowiązki. Swoje obowiązki ma więc człowiek, chrześcijanin, mąż, Polak. Unifikacja, wyzucie z tożsamości, niszczy nie tylko różnorodność, ale przede wszystkim jakość jednostek. Jeśli bowiem przed nikim nie stawiamy żadnych wymogów, to też nie może być mowy o rozwoju jednostki i całego społeczeństwa.

7 wrz 2009

Kapłanką być.

W święto 15 sierpnia 2009 r. prymas J. Glemp wypowiedział się na Jasnej Górze na temat obowiązków współczesnego chrześcijanina. W swój wywód wplutł uwagę na temat postulatów otwarcia kobietom drogi do święceń kapłańskich. Powiedział, że choć Maryja dała swoje ciało i krew Zbawicielowi, to sama nigdy kapłanką nie została. Podobnie wszystkie kobiety, mogą być matkami kapłanów, ale same dostępu do sakramentu kapłaństwa nie mają.

Posłuchaliśmy nieco o kapłanach i kapłankach. A teraz dowiedzmy się, jak bardzo prymas Glemp się myli: kapłanem bowiem nie może być nie tylko kobieta, ale również mężczyzna!
Kim jest kapłan?Kapłan to pośrednik pomiędzy ludźmi a Bogiem.

Dlaczego byli ustanawiani kapłani?
Z powodu grzechu człowieka nastąpiła ogromna przepaść pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg, który jest święty nie mógł mieć nic wspólnego z grzechem człowieka, ale aby dać mu szansę na zbawienie nie chciał się od niego odciąć zupełnię. Została więc powołana do życia świątynia, którą symbolicznie zamieszkiwał Bóg, oraz grupa kapłanów, którzy po specjalnym oczyszczeniu, zgodnie z określonymi regułami, mogli sprawować kult Boga.

Zwykli ludzie absolutnie nie mieli przystępu do Boga. Aby sobie to unaocznić, należy wspomnieć obyczaj, który nakazywał zawiązać na kapłanie sznurek, kiedy ten wchodził do miejsca najświętszego, a więc stawał w bezpośredniej bliskości Boga. Gdyby w tym momencie kapłan umarł, nikt nie mógłby po niego pójść, więc dzięki sznukowi, można go było z owego miejsca wyciągnąć.

Ponieważ miejsce najświętsze w świątyni jerozolimskiej było oddzielone zasłoną od pozostałych zgromadzonych, kapłan miał również dzwonki, którymi pobrzękiwał, aby wszyscy wiedzieli, że żyje. Gdy brzęk ustał, był to znak, że umarł i trzeba go z najświętszego miejsca wyciągnąć za sznurek.

Co się stało?
Dwa tysiące lat temu na ziemię przyszedł Syn Boży, Jezus Chrystus. Prowadził On bezgrzeszne życie i niczym nie zasłużył na żadną karę. Bóg postanowił unicestwić skutki grzechu człowieka i posłał Jezusa na krzyż, aby Ten złożył ofiarę doskonałą, za całą ludzkość. Dzięki śmierci Pana Jezusa na krzyżu przepaść pomiędzy Bogiem i człowiekiem została zniwelowana. W Ewangeliach czytamy, że w chwili, kiedy Pan Jezus skonał, zasłona oddzielająca miejsce najświętsze została przedarta od góry do dołu. To znak, że przepaść zniknęła.

Czy kapłani są dalej potrzebni?
Nie. Od czasu doskonałej ofiary Pana Jezusa, żaden człowiek nie musi się posiłkować kapłanami, aby mieć bezpośredni dostęp do Boga. Oczywiście nadal jesteśmy grzeszni i nadal święty Bóg brzydzi się złem, ale teraz Pan Bóg patrzy na nas poprzez krew swojego Syna, Jezusa. To Jezus jest jedynym kapłanem, przy czym doskonałym, bo pośredniczy całej ludzkości, każdemu, kto chce.

Kim zatem są duchowni?
Duchowni: pastorowie i księża nie są kapłanami, bo być nie mogą. Nie znaczy to, że Kościół nie posiada nauczycieli, administratorów czy przełożonych. Są oni konieczni, aby usługiwać wiernym i aby organizować godnie życie Kościoła. Absolutnie nie są oni jednak potrzebni do pojednania się z Bogiem.

Jak widzimy powyżej, ani kobieta, ani nawet mężczyzna nie mogą zostać kapłanami, a ci, którzy się tak nazywają, noszą tytułu samozwańcze. My wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, a przewodnicy nasi są usługującymi i potrzebują Najwyższego Kapłana, Pana Jezusa, tak samo jak my.

5 wrz 2009

Blog Multimedialny - 2009.09.05

Co mają wspólnego: kurs na prawo jazdy oraz studiowanie Biblii? Czym charakteryzuje się człowiek szlachetnego usposobienia? O tym posłuchacie w kazaniu pastora Mariana Biernackiego:

http://www.audio.protestanci.org/licznik.php?numer=222

Waga: 18 MB

4 wrz 2009

"Złote myśli" Pani K. Dowbor.

Niedawno mogliśmy usłyszeć wypowiedź Pani Doroty "Dody" Robaczewskiej o tym, jak "Biblię spisało paru naćpanych kolesi." Pewien znany duchowny katolicki skomentował tę wypowiedź, jako dyskusję na poziomie Bolka i Lolka. Jeśli Pani Doda jest na poziomie Bolka i Lolka, to argumenty znanej prezenterki telewizyjnej, o której dzisiaj opowiem są na poziomie Myszki Miki.

Oto, co mówi Pani Katarzyna Dowbor na temat ciepłej wypowiedzi bpa Życińskiego o osobach trwających w związkach konkubenckich (cytat za Dziennik.pl). Komentarz pogrubiony:

Traktowanie osób, które rozstały się, a były w związku małżeńskim, jako osób drugiej kategorii jest bardzo nie w porządku. A przecież cała ideologia Kościoła jest oparta na wybaczaniu.
Wybaczanie dotyczy tych, którzy żałują za swoje winy.

Czemu zatem stosuje się takie twarde stanowisko przeciwko ludziom, którym nie udało się w życiu? Jest to kara. Te osoby nie mogą przyjmować pewnych sakramentów i uczestniczyć w pełni w obrządkach religijnych.
Ponieważ takie było stanowisko naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który ukochał człowieka daleko bardziej niż Pani Dowbor. Odłączenie od Kościoła to kara doczesna, ku chwilowemu zasmuceniu, aby zasmucenie to wywołało pozytywny efekt w postaci opamiętania się, pokuty i zmiany sposobu swojego postępowania.

Dlaczego karze się osoby, które zostały np. porzucone, bo ich partner znalazł sobie kogoś innego, a sam rozwód był wbrew ich woli?
Takich osób się nie karze ani nie odłącza od Kościoła. Napomnienie i kara dotyczy tylko tych, którzy po rozwodzie zawarli kolejny związek.

Z drugiej strony mamy rozwód kościelny.
Mamy, zgodnie z Biblią i ewangelikalnym zrozumieniem chrześcijaństwa, możliwość opuszczenia małżonka, jeśli ten popełnił cudzołóstwo lub zabrania nam praktykować wiary. Nie uprawnia to jednak do zawarcia kolejnego małżeńśtwa, póki żyje pierwszy mąż/żona.

Osoby, które taki rozwód dostały - często dlatego, że wiedziały, jak to załatwić - mogą robić dosłownie wszystko i nie są w żaden sposób potępione.
Być może dostały rozwód przed ludźmi, ale nie przed Bogiem. Dopóki żyją nikt ich nie potępia, ani człowiek, ani Bóg. Jeśli umrą w swoich grzechach, nic im już nie pomoże.

Teoretycznie według Kościoła takie osoby również cudzołożą, bo mają innego partnera, nową rodzinę, ale mogą wziąć bez problemu kolejny ślub, przyjmować Komunię świętą, itd.
Pani Dowbor ma na myśli instytucję ogłoszenia nieważności zawarcia związku małżeńskiego w Kościele katolickim. Być może ludzki sąd da się przechytrzyć i oszukać fałszymi dowodami, ale na pewno Bożego sądu Pani Dowbor, ani nikt inny nie oszuka.

Dlatego w pełni popieram inicjatywę Abpa Życińskiego, który nazwał rozwodników będących w nowych związkach poranionymi owcami i wyciągnął do nich rękę.
Nie tylko Abp Życiński wyciąga rękę do rozwiedzionych i grzeszników. Chrystus jadał i z celnikami, i z jawnogrzesznicami, tymbardziej zje z rozwodnikiem. To, że potępiamy grzech nie znaczy, że potępiamy człowieka, bo inaczej byśmy się wszyscy musieli potępić, wszyscy bowiem jesteśmy grzeszni.

Paradoksem jest to, że ktoś, kto ma żonę, ale ją zdradza, bije, ma dzieci na boku, może chodzić do kościoła i korzystać ze wszystkich łask Kościoła.
Do kościoła może chodzić każdy. Do komunii może przystąpić tylko ten, kto jest pojednany z Bogiem.

A ktoś, się kto rozwiódł, czasem nawet nie z własnej winy, jest osobą uczciwą i nigdy nie zrobił nikomu krzywdy, jest wyklęty.
Nie jest wyklęty. Odłączony od Kościoła jest nie rozwodnik, ale ten, kto po rozwodzie zawarł kolejny związek.

Bardzo mądrze, że Kościół zaczął to wszystko dostrzegać i się zmieniać. Cieszę się, że się obudził. Nie jesteśmy już w średniowieczu, a co za tym idzie - Kościół powinien iść z duchem czasu, stać się bardziej liberalny i nie wypowiadać się w pewnych sprawach tak kategorycznie.
Słusznie Pismo nie pozwala kobiecie nauczać, tymbardziej Pani Dowbor powinna się powstrzymać od pouczania, co Kościół powinien, a czego nie powinien. Dzięki Bogu są jeszcze ludzie utwierdzeni w swej wierze, którzy ani śnią iść z duchem czasu i upodabniać się do tego świata, aby przypadkiem razem z tym światem nie zostać potępionym.

2 wrz 2009

Czy to przewidywalne?

W przeddzień wybuchu Drugiej Wojny Światowej nadszedł pod wieczór do Gdańska tajny rozkaz rozpoczęcia nocnych działań operacyjnych w celu sprawnego włączenia Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy. Czy jednak zasypiający 31 sierpnia 1939 roku wieczorem Gdańszczanie mogli wiedzieć, że następnego dnia ich życie nie będzie już takie same? Czy mogli przewidzieć, że ta noc, to były ostatnie godziny pokoju?

Kto z nich wiedział, że na goszczącym od 25 sierpnia w porcie gdańskim pancerniku szkoleniowym Schleswig–Holstein ukrywa się oddział niemieckich marynarzy z kompanii szturmowej Krigsmarine? Kto widział ośmiuset innych niemieckich żołnierzy stacjonujących już od jakiegoś czasu w Gdańsku? Kto myślał o potajemnym dozbrajaniu pancernika, szykującego się do ostrzału Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte?

Dla wielu Polaków wszystko odbyło się tak nagle. Nad ranem, gdy ludzie smacznie spali, niemal jednocześnie w różnych punktach miasta przyczajone oddziały niemieckie rozpoczęły operację wojskową. Rankiem w samym mieście, poza rejonem Poczty Polskiej, było już spokojnie. Na gmachu dworca głównego wisiała niemiecka flaga. W południe ruszyły tramwaje i życie jakby potoczyło się, jak co dzień.

Jednakże wielu ludzi 1 września 1939 roku nie pojawiło się już ani w pracy, ani na ulicy. Zniknęli z życia. Zostali aresztowani, nagle wyrwani ze swojego środowiska. Nawet jeśli nie zostali zabici, to i tak dla nich tej nocy skończyło się normalne życie.

Mieszkam bardzo blisko Westerplatte i może dlatego dzisiejsza ciepła noc i ta okrągła rocznica jakoś szczególniej niż w ubiegłych latach nastroiła mnie do refleksji. Myśląc o stanie ducha Gdańszczan sprzed 70 lat, szukam duchowego odniesienia do mojego osobistego położenia dzisiaj.
Dzień po dniu żyję wpleciony w ciąg zdarzeń, nie całkiem będąc świadomy tego, co się kroi. Planuję, zapełniam w kalendarzu kolejne puste pola rozmaitymi zadaniami, biegnę i walczę – aż nagle któregoś dnia to wszystko zostanie przerwane. Zaboli, ściśnie mnie za gardło albo za serce, zatrzymam się na jakimś drzewie i tak zostanę wyrwany z życia.

Pozostaną zaplanowane od dawna wyjazdy z posługą Słowa, niewygłoszone kazania, zostaną w szafie wyprasowane koszule, niedokończona lektura książki, niedojedzony obiad na stole albo przerwany w połowie wpis na blogu ;) Nie odkrywam Ameryki. To raczej jest do przewidzenia. Rzecz w tym, że nie zawsze biorę to pod uwagę. Co wobec tego powinienem zacząć robić i o czym pamiętać?

Przede wszystkim należałoby, abym stale pamiętał, że w realizacji kolejnych zadań jestem całkowicie zależny od Boga. A teraz wy, którzy mówicie: Dziś albo jutro pójdziemy do tego lub owego miasta, zatrzymamy się tam przez jeden rok i będziemy handlowali i ciągnęli zyski, wy, którzy nie wiecie, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, winniście mówić: Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli i zrobimy to lub owo [Jk 4,13–15]. Bóg tchnął we mnie życie i to On któregoś dnia owo tchnienie w moim ciele wygasi. Kiedy to nastąpi? Czy mogę to wiedzieć?

Z kilku apostolskich wypowiedzi wynika, że oni wiedzieli o zbliżającej się śmierci. Wiedzieli, że jeszcze nie umrą i potem wiedzieli, że już wkrótce umrą [Zobacz: Flp 1,25; 2Tm 4,6; 2Pt 1,14]. Nade wszystko jednak wiedzieli dokąd pójdą, gdy zakończą życie w ciele i dlatego nawet za tym tęsknili. Pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej - wyznał jeden z nich [Flp 1,23]. Dzisiaj także Duch Święty objawia te rzeczy wsłuchanym w Jego głos, pojednanym z Bogiem i ludźmi, osobom wierzącym. Chciałbym należeć do tego grona 'dobrze poinformowanych'.

Nie zmienia to oczywiście prawdy, że i tak któregoś dnia moje życie zostanie nagle przerwane. Byłbym głupi, gdybym tę myśl starał się odsuwać i tłamsić w sobie. Nie byłbym też normalny, gdybym zaczął na śmierć wyczekiwać.

Wiem, co zrobię! Będę tak przeżywać każdy kolejny dzień, jakbym miał przed sobą jeszcze sto lat życia i tak będę się układać do snu, jakby to miała być noc z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku w Gdańsku.

Autorem tekstu jest pastor Marian Biernacki. Pierwotnie zamieszczone na blogu : www.dzisiajwswietlebiblii.blogspot.com/

Kułak, burżuj i antysemita.

Inwalidzi intelektualni zwykle nie wykształcają w sobie zdolności merytorycznej dyskusji i nie potrafią argumentować. Potrzebują oni jednak narzędzia do dyskredytacji swoich wrogów, ludzi, których z różnych względów chcą stłamsić.

Komuniści na ten przykład posługiwali się terminami kułak oraz burżuj w odniesieniu do… No właśnie, do kogo? Do tych, których chcieli skazać na społeczny ostracyzm. Towarzyszyła temu skazywaniu atmosfera, która nie pozwalała zadać pytania, na czym zaiste polega wina oskarżonych, innymi słowy, jakie znaczenie niosą słowa kułak i burżuj.

Ale właśnie powodzenie całego przedsięwzięcia zależało od tego, aby pod żadnym pozorem nie dopuścić do jakiejkolwiek dyskusji! Dyskusja bowiem natychmiast obnażała ubóstwo oskarżycieli i brak jakiejkolwiek winy oskarżonych. Chodziło zatem o to, by bez dyskusji, bez uczciwego osądu postaw i postępków, skazać człowieka, nie tyle na więzienie i inne wymierne szkody, ale na całkowity niebyt.

Ten, pod adresem kogo rzucono wyzwisko burżuj lub kułak, stawał się trędowaty dla otoczenia – nie było dla niego żadnego ratunku.

Dzisiaj stosowane są podobne metody. Zmieniła się terminologia, ale mechanizm pozostał ten sam. Funkcje słów-wytrychów przyjęły między innymi określenia antysemita, homofob i rasista.

Na przykład przed wojną antysemitą był ten, kto nienawidził Żydów i działał na ich szkodę. Po wojnie antysemitą był ten, kto nie kochał Żydów i nie działał dla ich dobra.Dzisiaj zapanowała dziwaczna psychoza leksykalna i już nie wiadomo, kto to jest antysemita.

Oskarżenia o antysemityzm, homofobię albo rasizm mogą być rzucone zawsze i pod adresem każdego, i działają jak klątwa. Każdy z nas, zwłaszcza jeśli urodził się w tym „rasistowskim kraju”, Polsce, z łatwością może być posądzony na przykład o antysemityzm, bez podania przyczyny, bez nawiązania dialogu, bez wyjaśnienie dlaczego, bez ratunku, na zawsze!

Ale brzemię znosi się dopóki jest przyzwoicie ciężkie. Kiedy zaczyna się wrzynać w ramiona i dociskać do ziemi, kiedy pęta tak, że nie można oddychać, wtedy nadchodzi czas sprzeciwu, nawet wśród najpokorniejszych. Ten czas nadszedł dzisiaj. Dość obelg i terroru jakiejś dziwacznej poprawności politycznej. Poprawności wygodnej dla intelektualnych terrorystów, ale nie do zniesienia dla ludzi myślących i prawych.

1 wrz 2009

II wojna światowa.


Dziś obchodzimy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Pochylamy się nad bohaterstem żołnierzy, grobami ofiar, tragedią wszystkich poszkodowanych przez to, bodaj największe nieszczęście XX w. Słusznie podczas wszelkich uroczystości kultywujemy etos szlachetnej walki o niepodległość naszego kraju i oddajemy hołd tym, którzy w tej walce złożyli największą ofiarę.


Wszelako w trakcie obchodów tej smutnej rocznicy nachodzi mnie jeszcze smutniejsza refleksja. A mianowicie trzeba pamiętać, że w trakcie wojny Polska straciła prawie 6 milionów swoich obywateli, w tym narodowości żydowskiej, znaczną część swojego terytorium, że szkód materialnych pozolę sobie nie wyliczać. Nikt nie opisze bólu rodzin, których członkowie tracili życie na froncie, w obozach, więzieniach, którzy przepadali bez wieści w łapankach, którzy przesiadywali i byli bestialsko torturowani na pawiaku.


1 września 1939 roku umarło wielu ludzi, ale też umarło wiele marzeń. Marzenia o szkole, zabawie, studiach, założeniu rodziny, normalnym życiu. Wielu straciło wszystko, co mieli najcenniejsze.


I tutaj dochodzę co sedna swojej refleksji. Zastanawiam się, że skoro zarząd spółki akcyjnej może ponieść odpowiedzialność karną za swoją niegospodarność i wylądować w więzieniu z powodu doprowadzenia spółki do bankructwa, to jaką odpowiedzialność ponoszą gospodarze naszego przedwojennego kraju?


W podręcznikach do historii lansuje się tezę, że Polska nie mogła stawić skutecznego oporu przeciwko agresji niemieckiej, ze względu na nierównowagę sił. A kto za tę nierównowagę odpowiada? Czy 1 września na Polskę napadły sprzymierzone siły ZSRR, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii i Chin? Czy nie napadł na nas kraj o podobnej wielkości i podobnej populacji? Czy nie napadł na nas kraj wycieńczony przegraną w I wojnie światowej, który zdołał się mimo wszystko w ciągu dwudziestu lat zregenerować?


Rząd II RP ponosi kolosalną odpowiedzialność za to, że zniszczył życie milionom swoich obywateli, za to, że nie ochronił obywateli polskich narodowości żydowskiej, którzy schronili się w naszym kraju, za to, że skutki jego nieudacznictwa odczuwamy w Polsce do dziś.


Niech ta rocznica będzie przyczynkiem do refleksji również i dla współczesnych polityków, którzy w nie mniejszym stopniu niosą odpowiedzialość przed nami, by bronić kraju przed bandyckim napadem. Oby poczucie tej odpowiedzialności skłoniło ich do energicznych działań, bowiem kolejnej wojny, nasz naród może już nie przetrwać.